• Do zawalenia części kamienicy na poznańskim Dębcu doszło w niedzielę rano
  • Początkowo podejrzewano, że przyczyną był wybuch gazu, do którego doszło w budynku
  • Katastrofa budowlana w Poznaniu to prawdopodobnie nie tylko nieszczęśliwy wypadek
  • Może się z nią łączyć niepokojąca historia jednej z rodzin, która mieszkała w kamienicy
  • Wieczorem prokuratura poinformowała, że znana jest tożsamość trzech ofiar

W niedzielę całym miastem wstrząsnęły informacje o tragedii na Dębcu - w kamienicy przy ulicy 28 Czerwca krótko przed godziną 8 doszło do wybuchu. Część budynku zamieniła się w gruzowisko. Na miejsce zjechały się służby, przybiegli też znajomi, rodzina i sąsiedzi osób, które mieszkały w zniszczonej kamienicy. Pierwsze doniesienia mówiły o jednej ofierze śmiertelnej. Niestety, ta liczba wzrosła do pięciu osób, które poniosły śmierć w wyniku wybuchu... No właśnie, czego? Wszyscy byli pewni, że to gaz. Nikomu przez myśl nie przeszła inna wersja. Do czasu.

Jeszcze w lutym odbyła się kontrola instalacji gazowej w budynku. Wszystko było w porządku. - Służby gazownictwa sprawdzały szczelność instalacji na tym terenie. Nie było z tej nieruchomości żadnych zgłoszeń dotyczących ewentualnych nieszczelności - zapewniał dzień po katastrofie budowlanej Artur Różański, dyrektor poznańskiego oddziału Polskiej Spółki Gazownictwa.

Wybuch miał zatuszować morderstwo młodej kobiety?

Podejrzewano, że któryś z mieszkańców dogrzewał mieszkanie przy pomocy butli z gazem i to ona wybuchła. Ta teoria wydawała się prawdopodobna do połowy wczorajszego dnia. Kiedy skończyły się wszystkie konferencje zaplanowane na ten dzień - jedna u wojewody, druga w urzędzie miasta, pojawiły się pierwsze, szokujące informacje. Według doniesień mediów wybuch gazu to próba zatuszowania morderstwa młodej kobiety, która mieszkała, i jak się dowiedzieliśmy, prowadziła w kamienicy salon kosmetyczny. Jej zmasakrowane ciało mieli znaleźć strażacy w gruzowisku w niedzielę.

Tych doniesień do dzisiaj nie potwierdzono oficjalnie. Prokuratura, która wczoraj wszczęła śledztwo w sprawie wybuchu, nie chce komentować sprawy. - Nie udzielamy żadnych informacji potwierdzających bądź zaprzeczających temu, co pojawia się w mediach - powiedziała nam Magdalena Mazur-Prus z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

Ale według naszych źródeł, przeprowadzona sekcja zwłok młodej kobiety potwierdziła, że została ona zamordowana. Jak nieoficjalnie ustaliliśmy, sprawca zmasakrował ciało żony. Kiedy znaleziono zwłoki kobiety, okazało się m.in. że miała wycięty na czole napis "za zdradę".

Bała się go, chciała odejść - ale na to pozwolić nie mógł

Kto może stać za morderstwem kobiety? W kręgu podejrzanych znalazł się jej mąż, który sam jest wśród poszkodowanych w wybuchu. Leży w śpiączce z ciężkimi poparzeniami w poznańskim szpitalu. Ma poparzone 50 proc. ciała i zmiażdzone płuco oraz złamaną nogę. Lekarze walczą o jego życie. Dzień przed tragedią, mężczyzna niespodziewanie miał wrócić do domu z Anglii, gdzie pracował. Od dawna między nim, a jego młodą żoną, nie układało się najlepiej. Nasze źródła donoszą, że para była w trakcie rozwodu. Kobieta planowała rozpoczęcie nowego życia za granicą. Te plany miały nie spodobać się jej mężowi.

Kobieta o tym, że źle się dzieje w jej małżeństwie, opowiadała m.in. swojej przyjaciółce - zwierzała się, że mąż jej grozi, jest agresywny. I to ona wczoraj pojawiła się w poznańskiej prokuraturze z informacjami na temat męża zmarłej kobiety. Jak się nieoficjalnie dowiadujemy, kobieta identyfikowała ciało wydobyte z gruzów. Ponieważ zwłoki były ciężko okaleczone (według pierwszych informacji odnaleziono korpus oddzielony od głowy), kobietę udało się rozpoznać po wzorku na paznokciach.

Według podejrzeń, mężczyzna mógł sam doprowadzić do wybuchu. Pojawiają się relacje o chęci zatuszowania przez niego morderstwa, ale są kwestionowane. Dlaczego? Mężczyzna musiał zdawać sobie sprawę, że może ucierpieć w wybuchu. Pojawia się więc teoria próby popełnienia przez niego samobójstwa. I wskazuje na nią kolejny, upiorny fakt z życia tej rodziny.

Jakiś czas przed wybuchem - nieoficjalne źródła mówią o styczniu - mąż kobiety miał doprowadzić do wypadku. W aucie jechał z nim ich syn, zaledwie 12-letni chłopiec. Dziecko trafiło do szpitala, gdzie przebywa do dzisiaj. Dlatego w chwili wybuchu chłopca nie było w budynku.

Czy już wtedy mężczyzna chciał doprowadzić do tragedii? A może to tylko zbieg okoliczności i nieszczęśliwy wypadek? W tej sprawie na razie jest więcej pytań niż odpowiedzi. Jednak nasze policyjne źródła potwierdzają, że do wybuchu gazu nie doszło przez przypadek.

RFM FM informowało o dwóch ofiarach morderstwa, jednak policja stanowoczo - acz nieoficjalnie - dementuje te doniesienia. Możliwe, że może chodzić o znajomą kobiety, która tego dnia zjawiła się w kamienicy. Miała klucze do mieszkania koleżanki, przyszła ze swoim mężem, aby wyprowadzić psa zamordowanej kobiety. Niestety, najprawdopodobniej jest ona wśród pięciu ofiar śmiertelnych wybuchu.