Mieszkanka Melbourne przeżyła koszmar. Zwyczajny zabieg kosmetyczny trwale zniszczył jej cerę. Kobieta chciała wygładzić zmarszczki i poprawić wygląd skóry. W czerwcu udała się w tym celu do gabinetu kosmetycznego. Po zabiegu jej twarz była spuchnięta, spalona i zaczerwieniona, a skóra ją paliła i była rozgrzana.

W rozmowie z "Daily Mail" 53-latka mówiła: "Czasami ból był tak intensywny, że musiałam usiąść na podłodze, aby uniknąć wydechu. Miałam wrażenie, jakby moja twarz się paliła". Kobieta opowiada, że już w trakcie zabiegu laserem, czuła ból i zapach przypominający palone mięso.

Gdy wróciła do domu na jej twarzy pojawiły się plamy przypominające oparzenia słoneczne. Potem było tylko gorzej. Osoba wykonująca zabieg powiedziała, że widoczne bąble powinny zniknąć po kilku dniach, w rzeczywistości utrzymywały się przez kilka miesięcy. - Wydawało mi się, że klinika jest profesjonalna. Osoba wykonująca zabieg laserowy miała sprzęt i biały fartuch, przez co wyglądała jak lekarz. Nazwała mnie nawet pacjentką - opowiada Deborah.

W domu przez dobę, co dwie godziny, 53-latka wykonywała zalecany przez lekarkę peeling. To miało przyspieszyć efekt przeprowadzonego zabiegu. Jednak jedynie pogarszało stan skóry. Zamiast pięknej cery kobieta musiała zmagać się z ogromnym bólem i obrzękiem.

Po zabiegu Deborah miała wrócić do pracy w ciągu kilku dni, jednak miesiącami cierpiała. Teraz musi zakrywać twarz mocnym makijażem, bo zostały jej trwałe blizny.